Jim Redding nigdy się nie zgadzał na podanie Max szczegółów zamawianych listów. Zawsze w takich razach żądał: „Niech mnie pani połączy z szefową". Teraz chciał - jak wyjaśnił w rozmowie z Ruth - listu do narzeczonej. List ten miał towarzyszyć umowie przedślubnej, sporządzonej przez jego prawników.
- Teraz takie umowy przedślubne są bardzo popularne - krzyczał do słuchawki. - Wszyscy je zawierają...
Jim Redding ciągle krzyczał. Ruth często przełączała rozmowy z nim na głośnik, jednocześnie ściszając urządzenie prawie do zera.
- Mam taką klauzulę w tej umowie - warczał do telefonu. - Chodzi o sprawę, o której ona dobrze wie: nie chcę żadnych dzieci. To takie zastrzeżenie względem dzieci. Jestem facetem prostolinijnym i mówię jasno, o co mi chodzi - pokrzykiwał dalej Jim Redding. - Powiedziałem jej, co jest do negocjacji, a co nie. A ona niech zdecyduje - wychodzi za mnie albo nie.
- A więc pana narzeczona spodziewa się takiej klauzuli w kontrakcie przedmałżeńskim? - upewniła się Ruth.
- Zgodziła się na to - powiedział Jim Redding. - Takie zastrzeżenia o braku dzieci robią się teraz popularne. Oczywiście pod względem prawnym to dość wątpliwe, ale przynajmniej jasno wyraża moje stanowisko. Jeśli usłyszę: „Ups, jestem w ciąży", to będzie wiadomo, że tego nie chciałem.
Ruth pomyślała, że takiej sytuacji będzie trochę za późno na stwierdzenie: „Ja tego nie chciałem". Bo gdyby naprawdę nic w tej sprawie nie zrobił, narzeczona nie zaszłaby w ciążę. No, chyba że z kimś innym.
- Ona się zgodziła, że nie będzie żadnych dzieci - krzyczał dalej Jim Redding. - Wie, jaki mam stosunek do tych spraw. Ona mówi, że też ich nie chce. Ale problem w tym, że ona ma trzydzieści cztery lata. Ja to znam. Miałem trzy kobiety po trzydziestce. Mówiłem im, że nie chcę dzieci. I za każdym razem umowa była łamana. Kocham tę dziewczynę - pokrzykiwał Jim Redding - i chcę, żeby ten list był romantyczny. Chcę, żeby wiedziała, że to małżeństwo z miłości...
Ruth zapisała sobie „Romantycznie".
- Tylko żeby nie było żadnych dzieci...
- Rozumiem.
Telefon od Jima Reddinga przygnębił ją. Zadzwoniła do Soni.
- Słuchaj, czy kobiety w twoim biurze, rozmawiając o swoich związkach, mówią coś o miłości?
- Owszem, ale w kategoriach transakcji. Traktują seks i swoje związki jako transakcje. Jakby inwestowały w mężczyzn, oczekując dobrej stopy zwrotu. Niemal zawsze zastanawiają się, czy należycie zainwestowały w odpowiedniego mężczyznę. Rozważają, czy dość dobrze - a może za dobrze? - zrobiły facetowi, zanim otrzymały, co chciały. Kalkulują, czy nie za bardzo się wysiliły, a może za mało. I co dostały w zamian. Można usłyszeć takie teksty: „Owszem, poszliśmy gdzieś na obiad, ale restauracja była taka sobie, więc wróciłam prosto do domu i nie wpuściłam go za próg". Albo: „Nie pozwoliłam się mu pocałować, bo mógł mnie zabrać do lepszej restauracji. Niech się bardziej postara, jeśli chce czegoś więcej". To jak w biznesie: coś za coś.
- A w jakim wieku są te kobiety? - zapytała Ruth.
- Różnie. Od dwudziestu paru do czterdziestu paru - powiedziała Sonia. - W stosunkach z mężczyznami stosują system kija i marchewki. Może zresztą my wszystkie tak postępujemy...